05.06.2016

Epilog

Playlista: https://open.spotify.com/user/werciula/playlist/5y6CIv5PaafSugHaV3gjwE
Twitter: http://twitter.com/teamberIake

notka pod rozdziałem!

 
(Suzanne)

Wszyscy starali się, bym jakoś pozbierała się po tej bolesnej stracie, lecz ja czułam się niemalże tak, jakbym z każdym dniem umierała coraz bardziej. Żałowałam czasem, że nie zrobiłam tego raz, a porządnie - wtedy, na stole operacyjnym. Może teraz mniej bym się męczyła?
Z codziennej opresji wyrywała mnie mama (lecz była zbyt daleko, by jedynie przez telefon mi pomóc), Britney (u której widziałam, że nie jest w stanie poświęcić mi wystarczającej ilości czasu, ponieważ zajmowała się przygotowaniami do własnego ślubu) i Justin. On starał się najbardziej, a ja czułam się winna.
Nie potrzebowałam współczucia, opieki, chciałam jedynie, by ktoś spędzał ze mną czas. Gdy Justin ciągle pytał, jak się czuję, czy wszystko w porządku i że może bym jeszcze odpoczęła, zwróciłam mu uwagę, by przestał to robić i spojrzał też na siebie. Wiedziałam, że ma własne potrzeby, zaspokojenia, a ze mną jedynie się męczy, jeśli chce rozgrywać to w ten sposób. Dlatego od tego czasu stał się bardziej wyrozumiały, ale też zdystansowany. Szczególnie, że chciałam zobaczyć się z Joshem, jednak temu skończyło się zwolnienie tymczasowe z aresztu i został zabrany. W szpitalu i tak nachodziła nas policja, by sprawdzić, czy rzeczywiście ze mną jest. Był pod stałą kontrolą i właściwie nie mieliśmy czasu nawet porozmawiać - zawsze ktoś pilnował, byśmy nie zostawali razem, nad czym ubolewam, bo nie mam pojęcia, kiedy następnym razem się z nim zobaczę.
Tęsknię za Anne. Wiem, że to absurd - nawet nie widziałam jej na oczy. Ale bolesna świadomość tego, że przez osiem miesięcy nosiłam ją w brzuchu, starałam się zapewnić jej bezpieczeństwo, a potem tak po prostu ją straciłam - ryje ogromną dziurę w mojej duszy. Przykro mi, lecz muszę się z tym pogodzić.
Dzisiaj wielki dzień mojej przeprowadzki. Justin poprosił, bym z nim zamieszkała. Widziałam, jak się z tym męczył, bo po tym, o co go poprosiłam, bał się spytać o cokolwiek, bym tylko nie czuła się przytłoczona.
Zgodziłam się z nim zamieszkać, bo wiem, że Britney niedługo sama stąd zniknie, a ostatnie czego chcę, to bycia samotną. No, a po drugie - co właściwie najważniejsze - kocham Justina i Jaxona. Przebywanie blisko nich daje mi siłę i mam nadzieję, że będzie mnie napędzać, sprawiając, że w końcu pogodzę się ze śmiercią Anne.
Jej pogrzeb był dla mnie ciężkim przeżyciem i gdy zamykam oczy, widzę małą trumienkę zakopywaną w ziemi. Kochałam ją, kocham i nadal będę kochać.
Przesuwam wzrokiem po stosie kopert, jakie trzymam w dłoni. Miałam je schować, podrzeć, wyrzucić... Lecz nie potrafię. Pisałam je przez okres ciąży, świadoma tego, że sama umrę. Nie chciałam, by Anne wychowywała się całkowicie beze mnie, dlatego pisałam do niej listy. Każdy na poszczególną okazję... Pierwszy dzień w przedszkolu, szkole, pierwsza kłótnia z koleżanką, pierwsza dobra ocena, pierwsza uwaga w dzienniczku, pierwsze spóźnienie, pierwsze zauroczenie, pierwsza miłość, pierwsze wagary, pierwszy pocałunek, pierwsza randka, pierwsza impreza, alkohol, papieros... Zakończenie szkoły, dostanie się na studia, pierwsza praca, oświadczyny, przeprowadzka, ślub, wieść o ciąży... Napisałam też listy na pierwszy konflikt z tatą, zazdrość o jego nową partnerkę, pierwszy wspólny wyjazd na wakacje... Dużo okazji, przy których nie mogłam być fizycznie, ale chciałam być duchowo.
Z zamyślenia wyrywa mnie dzwonek do drzwi. Podskakuję i przecieram dłonią twarz. Podnoszę się z kanapy i mijam zapakowane walizki z moimi rzeczami, po czym podchodzę do drzwi.
Britney wparowuje do domu, od razu chuchając w swoje czerwone od mrozu dłonie.
- Na śmierć zapomniałam rękawiczek - burczy, otrzepując buty. - Zrobisz mi herbaty?
Wywracam oczami, po czym odwracam się i idę do kuchni. Jest pusta jak chyba nigdy: w szafce znajduję trzy szklanki. Resztę spakowałam, a Britney zabrała do Gary'ego. Ona także jest w trakcie własnej przeprowadzki.
Przyjaciółka wchodzi do kuchni w momencie, kiedy przelewam wodę z przenośnego, białego czajnika. Gorąca para drażni moją twarz, więc odsuwam się jak najdalej mogę.
Britney ma na sobie czerwony golf, podobny zresztą do tego mojego, jednak ja przywdziałam ciemnogranatowy.
- Wykończę się kiedyś z załatwianiem tych wszystkich spraw - wzdycha głęboko, siadając przy stole.
Podchodzę do niej z naszymi kubkami i opadam na krzesło na przeciwko.
- Co tym razem? - unoszę brew.
- Babka od tortów nie odbiera telefonu, a mój fryzjer ma zajęte terminy - prycha. - Zajęte terminy, rozumiesz?! To mój ślub, nie mógłby zrobić wyjątku?! - wymachuje rękami.
- Na pewno coś wykombinujesz - przygryzam wargę, lekko się uśmiechając. - Najważniejsze, że masz pana młodego. No, i suknię - chichoczę pod nosem.
- Pan młody, który też od rana do nocy wszystko załatwia, więc widujemy się jedynie w łóżku - syczy z irytacją, a widząc moje spojrzenie, kręci od razu głową. - I nie, nie na to, co myślisz. Jesteśmy tak padnięci, że od razu zasypiamy.
Głośno wypuszczam powietrze z ust.
- To na pewno będzie warte tego wszystkiego - oblizuję usta. - Zobaczysz. Niedługo wychodzisz za mąż, czy to nie tego chciałaś od życia?
Britney przechyla głowę w bok, unosząc kubek na wysokość swoich ust. Upija łyk owocowej herbaty i przez moment sączy ją w ustach.
- Tak, sądzę, że tak - odpowiada mi w końcu, nieśmiało się uśmiechając. - Mam super narzeczonego, plany na przyszłość... Uporządkuję jeszcze rzeczy ze stałą pracą i będę w pełni zadowolona.
Odwzajemniam jej ciepłe spojrzenie, będąc naprawdę zadowoloną, że udało jej się w życiu. Kto jak kto, lecz Britney zasługuje na szczęście.
- A ty, mała? - pyta. - Czy ty nie miałaś przypadkiem dzisiaj wyprowadzić się do swojego Romea?
Nadal słyszę ten opryskliwy ton, gdy o nim mówi. Pomimo tego, co dla mnie zrobił, Britney wciąż nie jest w stanie do końca go zaakceptować, co mnie drażni, ale nie chcę poruszać tego tematu, żebyśmy znowu się nie pokłóciły.
- Tak, właśnie powinnam już lecieć - wzdycham, podnosząc się z miejsca i zerkając na zegarek.
- Już? Dopiero co przyszłam - Britney burczy.
- Justin niedługo wraca z pracy, a chcę się uwinąć z większością rzeczy, zanim wróci.
Przyjaciółka kiwa głową, unosząc ją, by mnie widzieć.
- Więc Justin po ciebie nie przyjedzie?
- Nie, jadę sama. On potem ma jeszcze odebrać Jaxona od swoich rodziców - wzruszam ramionami.
Britney wstaje z krzesła i od razu zamyka mnie w ciasnym uścisku. Chowa głowę w moim ramieniu, a ja przygryzam wargę, modląc się, byśmy się nie rozkleiły.
- Hej, Brit - szepcę, świadoma swoich zbliżających się łez.
Kiedy Britney się ode mnie odsuwa, dostrzegam jej mokre policzki.
- Nawet nie wiesz, jaka jestem za ciebie wdzięczna - wyznaje. - Tyle razem przeszłyśmy... Całe dzieciństwo razem, potem te lata tutaj...
- Ej, ej - kręcę głową, patrząc na nią. - Błagam, nie rozklejaj się, bo sama to zrobię - wzdycham, ujmując jej twarz w dłonie. - Przecież nadal będziemy się widywać, ale po prostu każda z nas ma swoje życie. Nareszcie - uśmiecham się.
Britney pociąga nosem, jeszcze raz mnie przytulając.
- Tak bardzo się cieszę, że udało ci się przeżyć, Suz - chlipie.
Zamieram na dźwięk tych słów, ukłuta przez ich bolesny wymiar. Mam wrażenie, że wbijają się we mnie, od nowa powodując rany. Nadal nie mam pojęcia, czym zasłużyłam sobie na ten cud, ale tak, żyję. Miałam tylko dziesięć procent szans, ale oto jestem.
Gdyby tylko Anne była ze mną...
Wzdycham głęboko, kiedy odsuwamy się od siebie z Britney. Nawzajem ocieramy swoje łzy, śmiejąc się przy tym. Będę za nią tęsknić, ale i tak wiem, że od pewnego czasu byłyśmy przecież od siebie całkowicie odseparowane przez własne sprawy.
Do auta pakuję tylko część walizek. Po resztę pudeł będę tu stopniowo przyjeżdżała, by wszystko za sobą zamknąć. Rodzice Britney planują sprzedać ten dom lub go wynająć. Wiem, że nie podjęli jeszcze ostatecznej decyzji.
Żegnam się z Britney, machając jej zza szyb Lamborghini. Nadal nie mogę uwierzyć w to, że Justin kupił mi taki samochód, ale przyznam się szczerze, że niczym nigdy nie jeździło mi się lepiej. Ten wóz sprawia wrażenie, jakby był stworzony specjalnie dla mnie, bo prowadząc, czuję się jak w niebie.
Po kilku dłuższych chwilach, które upływają mi przy dźwiękach doskonałej muzyki, jestem już pod domem Justina. Mam już własny komplet kluczy, więc drzwi otwieram sobie sama, wprowadzając ze sobą walizki i stawiając je przy progu. Kiedy się rozbieram, wzdycham do siebie, zastanawiając się, czy tak właśnie będzie wyglądało moje dalsze życie - wracanie do pustego domu po pracy w Sunrise, gotowanie obiadu dla Justina, czekanie na niego i Jaxona...
Nie mam pojęcia, ale na razie czuję się tu jedynie jak gość. Mam nadzieję, że to minie, bo naprawdę chciałabym się zadomowić.
Postanawiam najpierw rozpakować rzeczy w kuchni, bo nie ma sensu, żebym z naczyniami wdrapywała się na schody.
W pomieszczeniu czeka mnie jednak niespodzianka. Zostawiam walizkę, widząc bukiet czerwonych róż stojących na wyspie kuchennej. Unoszę brew. Są przepiękne i wyglądają tak, jakby dopiero co ktoś je tu wstawił. Kiedy podchodzę bliżej, zauważam małą, złożoną karteczkę między łodyżkami.

Rozpakujesz się później, teraz idź na górę. -J

Marszczę czoło, całkowicie zdziwiona. Obracam karteczkę w dłoniach, mając nadzieję, że coś przegapiłam, ale reszta strony jest pusta. Przygryzam wargę, nachylając się nad różami i zaciągam się ich niebiańskim zapachem. Uwielbiam róże, a te są rzeczywiście wspaniałe.
Jestem piekielnie ciekawa, o co chodzi. Mam wrażenie, że Justin czeka na mnie na górze i po prostu chce zrobić mi niespodziankę. 
Z tym jednak również się rozczarowuję. Na górze nikogo nie ma, a w sypialni - dosłownie - staję jak wryta zaraz po otworzeniu drzwi.
Na łóżku leży rozłożona krwistoczerwona obcisła sukienka z rękawami za łokcie. Przełykam ślinę i marszczę brew, zbliżając się do niej. Materiał przypomina dżersej. Obok sukienki leży srebrne pudełko. Gdy je otwieram, dostrzegam czarne, wysokie szpilki z czerwoną podeszwą, leżące pod parą ciemnych rajstop. Oblizuję usta, wyciągając ze środka również karteczkę.

"(...) oboje dążyli do wspólnego celu, bo on kochał i pragnął ją wielbić – a ona kochała i pragnęła być uwielbiana, więc szybko ten cel osiągnęli."
Zaufaj mi. Kocham Cię -J.

Wciągam powietrze przez nozdrza, czytając cytat z... No właśnie, z czego? Mój Boże, jestem prawie pewna, że w liceum miałam do czynienia z tą książką, jednak teraz za nic w świecie nie mogę przypomnieć sobie jej tytułu. Marszczę brew, przesuwając dłońmi po materiale sukienki. Wszystko jest zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.
Nie mam pojęcia, o co chodzi i dlaczego Justin to zrobił, ale nie mam do wyboru nic innego, jak tylko spełnić jego prośbę i po prostu mu zaufać. Chociaż piekielnie się boję i - bądźmy szczerzy - nienawidzę niespodzianek, a on doskonale powinien o tym wiedzieć.
Pół godziny później, przebrana, wychodzę z łazienki. Czuję się zawstydzona przez wysokość szpilek i mam nadzieję, że w tym stroju będzie oglądał mnie tylko Justin. Chwytam torebkę i schodzę z nią na dół.
Prawie podskakuję, kiedy widzę przy schodach Clowesa. Na litość boską, on?! Jak wszedł do środka?!
- Proszę mi wybaczyć, proszę pani, nie chciałem pani wystraszyć - usprawiedliwia się od razu, rumieniąc się na mój widok. 
- Nic się nie stało - bąkam, również czując zawstydzenie. Chrząkam, przygryzając wargę. - Nie chcę być niemiła, ale... co tu robisz?
- Pan Bieber powiedział, bym zaczekał na panią i zabrał panią na... - zamiera, po czym kręci głową, odwracając ode mnie wzrok. - Tam, gdzie on sam ma być.
- Suzanne, Ethan, proszę. Mów mi Suzanne - unoszę brew, schodząc na dół i stając obok niego, podczas gdy jego policzki są teraz prawie w kolorze mojej sukienki. - Justin zabronił ci mówić?
- To niespodzianka - tłumaczy nieskładnie, wyjmując mój płaszcz i wsuwając go na moje ramiona. Kiwam głową z wdzięcznością i nie mówię nic więcej.
Trochę martwi mnie fakt, że Clowes wie o wszystkim. Czyli to tak jakby "akcja na większą skalę". Mam nadzieję, że Justin nie wymyślił niczego szalonego, ale ciekawi mnie tylko, po co robił tyle szumu. Te kwiaty i jeszcze te prezenty w postaci sukienki i butów... Naprawdę, nigdy mu się za to nie odwdzięczę i coraz bardziej robi mi się głupio. Co on ma z tym obdarowywaniem?!
Gdy jedziemy samochodem, czuję w moim brzuchu rosnące podekscytowanie. Nie mam pojęcia, czego mogę się spodziewać, ale zważając na to, że jest już po osiemnastej, a ja wyglądam tak, jak wyglądam, pewnie czeka nas jakaś kolacja. Krzywię się, świadoma tego, ile pieniędzy Justin będzie chciał znowu na mnie wydać. 
No dobra, może nie powinnam o tym myśleć, jeśli do końca nie wiem jeszcze, co tak naprawdę planuje.
Clowes jest cały czas spięty, a ja próbuję go nieco rozluźnić, pytając o to, co robił przez cały dzień, ale obdarza mnie tak wymijającą odpowiedzią, że postanawiam się już nie odzywać. Czasami zachowuje się tak samo jak Justin - jest w ten sam sposób zamknięty i skryty. Ciekawe, czy Justin brał pod uwagę to podobieństwo, kiedy zatrudniał u siebie Ethana.
Zaczynam się stresować, kiedy wyjeżdżamy za miasto. Patrzę nerwowo w telefon, jednak Justin nie napisał żadnego SMS ani nie zadzwonił, a ja sama nie chcę tego robić, bo skoro pragnie urządzić mi niespodziankę, takie wtrącanie się byłoby co najmniej niegrzeczne.
Uśmiecham się lekko na wspomnienie cytatu, jaki napisał na karteczce. Ciekawi mnie, czy znał go z pamięci, czy musiał przeszukać internet, aby znaleźć coś takiego. Czy on w ogóle czyta jakieś książki, czy jedynie przegląda dokumenty z firmy? Wciąż tak mało o nim wiem... Ale teraz mam chyba całe życie, by się wszystkiego dowiedzieć. Nie wyobrażam sobie siebie bez niego. 
Kiedy Clowes się zatrzymuje, dostrzegam, że jesteśmy na lotnisku. Przełykam ślinę, nie mogąc uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Nie jest to jednak lotnisko międzynarodowe, ale jedno z tych mniejszych dla lotów jedynie międzymiastowych lub pokazów lotniczych. 
Od razu po tym, gdy wysiadam, nieprzyjemny chłód owija moje policzki. Zauważam, że samochód Clowesa zatrzymał się przed ogromną halą. Podobne widziałam jedynie w tych wszystkich filmach z okresu wojny. 
- Pięknie wyglądasz - słyszę i podskakuję. Natychmiast obracam głowę w kierunku tego subtelnego głosu. 
Clowes odjeżdża bez jakiegokolwiek słowa wyjaśnienia, zostawiając mnie sam na sam z Panem Pięknym. Justin wyłania się zza budynku. Rozpięty płaszcz ukazuje czarną marynarkę i białą koszulę, której guziki nie zostały dopięte do końca. Zapiera mi dech w piersi, kiedy mój chłopak do mnie podchodzi. Nie mogę oderwać od niego wzroku - jest niesamowity.
Bierze mnie w ramiona i całuje krótko, lecz tyle mi wystarcza, bym całkowicie nie mogła złapać tchu. Zapominam już o całym szoku, zastanawianiu się, niepewności, jaką odczuwałam zaledwie godzinę temu. Teraz liczy się tylko Justin. Jak on to robi, że poza nim nie widzę kompletnie nic? Jest całym moim światem.
- Dziękuję za ten strój - przygryzam wargę, w wyniku czego karci mnie spojrzeniem i jeszcze raz mnie całuje, ciągnąc ją w dół, na co jęczę ochoczo, ale zbyt szybko się ode mnie odrywa.
- Oboje dążyli do wspólnego celu, bo on kochał i pragnął ją wielbić... - mruczy, unosząc spojrzenie w ciemne niebo.
Uświadamiam sobie, że użył właśnie tego samego cytatu, który zapisał na kartce.
- Skąd te słowa? - marszczę czoło.
- Z "Wichrowych Wzgórz" - patrzy na mnie, oblizując usta. - Nie mów, że nie czytałaś?
Jego uwaga mnie zawstydza.
- Czytałam, ale dawno i już nie pamiętam - prycham cicho, a on się śmieje.
- Daj spokój, to nic złego. Nie ma za co, mała. Chodź - uśmiecha się i odsuwa ode mnie, chwytając mnie za dłoń.
Pragnę zapytać, dokąd mamy iść, gdy ten zaczyna ciągnąć mnie w stronę hali. Drzwi otwierają się automatycznie. W środku zamiast szybkich śmigłowców ze starych filmów dostrzegam trzy samoloty pasażerskie oraz dwa szybowce. Samoloty wyglądają na prywatne, ponieważ ich rozmiar nie jest porównywalny do tych od lotów międzynarodowych.
Unoszę brew, patrząc na Justina, a gdy przyłapuje mnie na gapiostwie, puszcza mi oczko.
- Zaufaj mi - chichocze. - Tylko o tyle cię dzisiaj proszę, skarbie.
Z trudem powstrzymuję się od przewrócenia oczami. Kiedy stajemy przed jedną z awionetek, dostrzegam, jaka jest wielka. Z daleka wyglądała na mniejszą, a teraz zadzieram wysoko głowę, by dostrzec drzwi na górze. Samolot wygląda tak, jakby dopiero co był myty - biała powierzchnia połyskuje w mroku, sprawiając wrażenie ekskluzywnej i piekielnie drogiej.
- Będziemy lecieć? - pytam Justina i odwracam się w jego kierunku, jednak zauważam, ze nie stoi obok mnie. Widzę go w oddali, rozmawiającego z jakimś mężczyzną. Wygląda na rozluźnionego i szczęśliwego.
Oddycham z ulgą, kiedy do mnie wraca. W dłoni trzyma kartkę, którą składa na pół, wsuwając ją sobie za płaszcz.
- Już nie mogę się doczekać - uśmiecha się, cały rozpromieniony i podekscytowany.
Podaje mi dłoń, bym się jej podparła i weszła na pokład samolotu. Z drzwi wysuwają się schody, które ułatwiają mi przedostanie się w górę. Co najbardziej mnie zaskakuje, to fakt, że wewnątrz nie ma nikogo. Justin wchodzi do środka za mną, a drzwi od razu się zasuwają.
Unoszę brew.
- Nie czekamy na załogę?
- My jesteśmy załogą - oblizuje usta, dłonią wskazując, bym weszła do kabiny pilota.
Rozszerzam powieki, uświadamiając sobie, co jest grane.
- Czekaj - podnoszę dłonie w górę, gdy już jestem w nowym pomieszczeniu, a Justin ściąga z ramion płaszcz. Nie mogę się skupić, patrząc na niego, gdy tak doskonale wygląda. Chyba pierwszy raz nie ma krawatu ani muchy w komplecie z białą, rozpiętą na górze koszulą. To niesamowicie nakręcajace. - Ty będziesz pilotem?
Podchodzi do mnie z niebywałym uśmiechem malującym się w jego oczach.
- To moje małe hobby, o którym jeszcze ci nie mówiłem - mruga, pomagając mi uporać się z moim płaszczem. Na moje zaskoczenie, kontynuuje: - Byłem kiedyś z ojcem na pokazach lotniczych, spodobało mi się, więc zrobiłem licencję pilota. - Wzrusza niedbale ramionami, jakby to była najbardziej oczywista rzecz. - Siadaj tutaj - dodaje, wskazując na jeden z ogromnych foteli przy oknie.
Kiedy tam podchodzę, wszystkie światełka na blacie przed nami się zapalają, ukazując rząd czerwonych, białych, niebieskich i zielonych guziczków. Nie mam pojęcia, co do czego służy, więc niczego nie dotykam, czekając, aż Justin usiądzie obok mnie.
- Najpierw musimy zapiąć pasy - komunikuje, jakbym nie rozumiała po czynach, co chce zrobić. Nachyla się nade mną i przeciąga czarne, szerokie pasy przez moje ramiona, wpinając je w klamry przy mych biodrach z dwóch stron. Napina sznury i mocno je przeciąga, w wyniku czego zostaję zaklinowana do tego stopnia, że ledwo co mogę się wyprostować. Z tak bliskiej odległości czuję perfumy Justina. Mocno się zaciągam, uśmiechając lekko pod nosem, całkowicie w nim pochłonięta i zakochana. - Cholera, jesteś przepiękna - mruczy nagle, cmokając mnie szybko w usta. Mam ochotę na więcej, biorąc pod uwagę to, że cholernie długo nie uprawialiśmy seksu. Po... tym wszystkim straciłam zupełną chęć na cokolwiek, co wiązałoby się z fizycznym dotykiem.
Gdy siada obok mnie, zapina swoje pasy i nasuwa na uszy ogromne słuchawki, klikając coś na podświetlonym już panelu. Wygląda na skupionego i pięknie mu tak. Jak zresztą zawsze.
- Załóż swoje - mówi, ale na mnie nie patrzy, więc chwilę zajmuje mi zarejestrowanie, czy jego polecenie było wymierzone w moim kierunku. Zauważam jednak wiszące obok fotela słuchawki, więc nakładam na je uszy, regulując, by przez swoją ogromną wielkość nie spadły mi z głowy.
Jestem bardzo podekscytowana i przestraszona przed nieznanym. Gdy silniki zaczynają warczeć, hałas niemalże mnie ogłusza, dopóki nie rozpoznaję w słuchawkach głosu Justina.
- Centrum, tu A928. Nowy Jork, cel Portland. Proszę o pozwolenie na start.
- A928, Nowy Jork, cel Portland - odzywa się ktoś inny. - Masz pozwolenie. Port lotniczy Portland, PDX, hall A.
- A928. Akumulator gotowy, startuję. Bez odbioru - mówi na koniec i wyłącza sygnał w słuchawkach, zerkając na mnie. Cały czas się na niego gapię. - Trzymaj się - chichocze, przygryzając wargę.
Drzwi hali otwierają się na szerokość skrzydeł. Justin wyprowadza awionetkę i ustawia się na pasie startowym. Nim zdążę się zorientować, jesteśmy już w powietrzu. Wyglądam przez ogromną szybę, czując motyle w brzuchu. Nowy Jork wygląda niesamowicie pięknie, cały oświetlony i ogromny, choć w miarę podrywu w górę, miasto maleje pod nami. Po chwili widzę jedynie ciemność.
- W jakim celu lecimy do Portland? - zadaję pytanie, a mój głos odbija się również w moich słuchawkach.
- Niespodzianka - komunikuje Justin, ukazując mi rząd śnieżnobiałych zębów.
Wywracam oczami. Ile jeszcze tych niespodzianek? Myślałam, że lot samolotu jest jedyną i to o to w tym wszystkim chodziło. Ale gdyby tak było, ta sukienka nie miałaby sensu, więc teraz serio zaczynam się zastanawiać.
Nie mogę uwierzyć, że tyle z nim przeszłam. Te wszystkie upadki tylko uświadamiały mi za każdym razem, ile ten facet dla mnie znaczy.
- Latałeś już z kimś kiedyś? - wymyka mi się.
Justin przenosi na mnie spojrzenie. Mam ochotę krzyknąć, by patrzył na drogę, ale zdaje się, że ma wszystko pod kontrolą i nie ma powodu do nerwów.
- Nigdy nie pozwalałem nikomu ze sobą latać. To mnie odpręża, a ludzie jedynie irytują - oblizuje wargi. - Lot z tobą jest pierwszym, kiedy ktoś mi towarzyszy i mam nadzieję, że w przyszłości nie wsiądzie tu nikt oprócz naszych dzieci.
Zachłystuję się powietrzem, rozchylając powieki. Justin wyraźnie nie czeka na odpowiedź, co tylko wskazuje na to, że jego słowa są pewnością, przynajmniej dla niego.
Chciałabym mieć z nim dzieci, ale po mojej ostatniej bolesnej stracie, boję się czegokolwiek.
- PDX, odbiór - słyszymy nagle. Prawie podskakuję, gdy tymczasem Justin wydaje się całkowicie wyluzowany, ale jednocześnie skupiony. Jak on to robi? Zawsze jest pełen kompetencji i zaangażowania. Nie mogę ukryć podziwu.
- A928, odbiór.
- Hall A gotowe do realizacji. Tor 526 wolny, zgoda na lądowanie. Powietrze umiarkowane, wiatr na wschód.
- A928, zrozumiałem. Pułap maksymalny. Ląduję, bez odbioru.
Serce podchodzi mi do gardła, gdy obserwuję zbliżające się do nas miasto. Światełka lotniska zaczynają migotać, aż w końcu są całkowicie wyraźne. Nareszcie widzę coś oprócz ciemności. Zaciskam palce na brzegu fotela, czując, jak moje wnętrzności się przewracają. Żołądek zaraz gdzieś mi wyfrunie, podczas gdy Justin kieruje sterem. Jesteśmy coraz bliżej lotniskowej płyty. Serce wali mi jak młot, kiedy dotykamy twardej nawierzchni. Lekko nami trzęsie i mam wrażenie, że się rozbijemy, ale to tylko złudzenie wywołane dotknięciem podwozia do toru. Justin nad wszystkim panuje, nie mam się o co martwić. Przecież jestem z nim bezpieczna.
Samolot zwalnia, aż w końcu całkowicie się zatrzymuje. Justin odpina swoje pasy i zdejmuje słuchawki, wstając z miejsca i patrząc na mnie. Dyszę, pochłonięta emocjami.
- Dasz radę wstać? - przechyla głowę w bok.
Kiwam energicznie głową i rozpinam pasy, podtrzymując się silnego ramienia Justina, które pomaga mi wstać. Jego łagodna aura mnie uspokaja. Schodzę po schodkach na płytę lotniska, witana przez zimny wiatr Portland.
- Byłaś tu już kiedyś? - pyta Justin, pojawiając się przy mnie.
- Nie - odpowiadam szczerze, chwytając jego dłoń. Gdy idziemy w stronę budynku, odwracam się, zerkając jeszcze raz na samolot. - To twoja własność?
- Co? - marszczy czoło, a kiedy uświadamia sobie, że mówię o awionetce, kiwa głową. - Tak, dostałem ją na urodziny.
- Od kogo? - jestem zaciekawiona.
Wzdycha głęboko, napinając szczękę.
- Od Megan.
Ta krótka odpowiedź rani moje ego i serce, lecz staram się za wszelką cenę nie ukazywać uczuć. Co z tego, że kupiła mu pieprzony samolot? Mnie ledwo co stać na jakieś droższe perfumy, a on dostaje tak po prostu awionetki. Między nami nie ma kompletnego porównania i na chwilę robię się smutna.
- Nie myśl o tym - przerywa mi ostro Justin. - Nie chcę, żebyś się tym teraz zadręczała, okej?
Oblizuję usta. Nie wiedziałam, że były aż tak spierzchnięte.
- Trochę to absurdalne. Nie sądzę, bym kiedyś osiągnęła to, co ma ona.
Justin patrzy na mnie, a z jego oczu cisną pioruny.
- Masz coś, czego ona nigdy nie będzie miała.
- Co? - mrugam powiekami.
- Mnie - prycha Justin. - Nie możesz po prostu darować sobie tego tematu? - spina się.
Ma rację, aż mi wstyd. Nie mogę zepsuć tego wieczoru, więc pozwalam sobie zapomnieć o tej... Po prostu o Megan.
Przechodzimy przez lotnisko w zadziwiająco szybkim tempie. Mam wrażenie, że Justin czymś się stresuje, ale nie komentuję jego zachowania. Zamiast wyjść na zewnątrz, docieramy do wind. Justin nie jest zadowolony, gdy po naciśnięciu przycisku drzwi natychmiast się rozsuwają. Chyba miał nadzieję, że jeszcze poczekamy, dzięki czemu chwila, która ma się zaraz odbyć, przedłużyłaby się o więcej minut czekania.
- Czemu się tak denerwujesz? - pytam nagle, kiedy jesteśmy w środku i zaczynamy jechać na dół.
Justin zagryza wargę, nawet na mnie nie patrząc.
- Jedziemy do restauracji. Kiedy tam wejdziemy, nie chcę, byśmy rozmawiali o czymś, co nie dotyczy nas. Nie chcę, byśmy nawet myśleli o czymś innym, okej? - odwraca się w moją stronę. Kiedy przełykam ślinę, zaskoczona jego ostrym tonem, zbliża się do mnie, ujmując moją twarz w dłonie. - Obiecaj mi, że nie uciekniesz.
Zastyga mi w ustach. Jeszcze przed chwilą widziałam w jego oczach złość, a teraz dostrzegam strach i zagubienie.
Podnoszę swoje dłonie i nakładam je na jego, pocierając powoli kciukami.
- Nie ucieknę - mówię wyraźnie, żeby zrozumiał.
Zanim cokolwiek mi odpowie, drzwi się rozsuwają. Korytarz jest tak słabo oświetlony, że ledwo co widzę. Żółtawe lampy są wmontowane w ścianę na górze. Dodatkowo jest tak cicho, że słyszę jedynie nasze przyspieszone oddechy i moje obcasy. Dłoń Justina zaczyna pocić się z nerwów, co jeszcze bardziej mnie zaskakuje. O co chodzi?
Na końcu korytarza Justin otwiera przede mną drzwi. Wchodzę do środka, ale co najbardziej mnie dziwi: nie widzę nic z wyjątkiem ciemności. Sekundę później czuję przy sobie mojego chłopaka, toteż odwracam się szybko w jego stronę.
- Gdzie jesteśmy? - pytam, przygryzając wargę.
- Witam, stolik dla ilu osób? - słyszę nagle z drugiej strony, a na dźwięk obcego głosu podskakuję i wydaję z siebie cichy pisk. Justin obejmuje mnie w pasie i przytula do siebie, a w wyniku zderzenia z jego twardym torsem nieco się krzywię.
- Dla dwóch - odpowiada spokojnie, chwytając moją dłoń i mocno mnie ściskając. - Na nazwisko Bieber.
- Proszę za mną. - Słyszę rozkaz. Mrugam kilkakrotnie oczami. Za kim mam iść, skoro w ogóle nic nie widzę? Czuję się jak w jakimś horrorze i mam wrażenie, że zaraz ktoś mnie złapie i zamorduje. - Proszę skręcić w lewo. Teraz w prawo. Dwa kroki do przodu, pięć schodków w górę. Trzy kroki do przodu i w lewą stronę. Proszę się pochylić i wyczuć kanapę - rozkazuje kelner. Rozkojarzona, dopiero po kilku sekundach nachylam się nad nicością, do momentu, aż poczuję miękki materac. Opadam na nieco niespokojnie, nie puszczając Justina. Siada obok. - Zaraz przyniosę złożone wcześniej zamówienie.
Kiedy słyszę oddalające się kroki kelnera, zerkam w stronę Justina, chociaż nie jestem pewna, czy aby na pewno tam jest.
- O co chodzi? - szepcę. Wokół słyszę jeszcze jakieś rozmowy, więc domyślam się, że nie jesteśmy jedynymi gośćmi.
- To restauracja dla niewidomych - wyjaśnia Justin, z trudem głaszcząc moje kłykcie przez to, jak mocno go ściskam. Ledwo co wykonuje jakiś ruch.
- Dla niewidomych?
- Tak. Stworzona po to, by inni zobaczyli, co czują osoby, które nie mogą widzieć. Drugi powód, by zmysł smaku był jeszcze bardziej wyczulony. Mają tu znakomite potrawy, przekonasz się za chwilę.
- A jak kelnerzy wiedzą, gdzie poprowadzić gości?
- Kelnerzy też są niewidomi. Przed zatrudnieniem muszę nauczyć się rozkładu restauracji. - Przełyka ślinę i chrząka. - Zabrałem cię tu z jeszcze innego powodu niż te, o których powiedziałem wcześniej.
Unoszę brew.
- Jakiego?
- Chciałem pokazać ci, czym bez ciebie jestem. - Odpowiada na jednym wdechu i nachyla się. Nie widzę tego, ale wyczuwam po jego miętowym oddechu, który jest coraz bliżej mych nozdrzy. - Rozejrzyj się. Co widzisz?
Odsuwam się nieco od niego, patrząc w dal, ale nic z tego nie mam.
- Nic nie widzę - wzruszam powoli ramionami. Rozluźniam uścisk na jego dłoni, przez co mnie puszcza, by po chwili objąć od razu dwiema rękami. Chyba tracę oddech.
- Właśnie. Jestem bez ciebie niczym.
Wciągam policzki do środka. Powiedział to w najbardziej intymny dotąd sposób.
- Justin...
- Nie - wyobrażam sobie, jak stanowczo kręci głową. - Wysłuchaj mnie, proszę. Kiedy cię poznałem, nigdy nie powiedziałbym, że całkowicie zmienisz mój sposób postrzegania świata, ale udało ci się. Teraz nie mam pojęcia, dlaczego wcześniej byłem takim dupkiem. Pluję sobie w brodę za to, ile szkód ci wyrządziłem.
- To przeszłość - przerywam mu. Nie chcę, by siebie obwiniał.
- Nie mów, że to przeszłość. To, co robiłem, odbiło się na nas i ciągle odbija. Suzanne, jesteś najważniejszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałem i jestem pewien, że nikt nigdy nie zrobi dla mnie tyle, ile zrobiłaś ty. Jestem mięczakiem, kiedy mówię te wszystkie rzeczy. Nienawidzę komedii romantycznych ze względu na to, że wszyscy ludzie w nich są tacy sztuczni, kiedy wyznają sobie miłość. Mam wrażenie, że jestem teraz taki sam jak oni, ale nie umiem inaczej ci tego wszystkiego powiedzieć.
Unoszę swoje dłonie wyżej, aż zderzam swe palce z jego brodą. Kładę ręce na jego policzkach, zaczynając energicznie je głaskać.
- Nie jesteś mięczakiem. To piękne, że mówisz mi te wszystkie rzeczy, Justin. To tylko pokazuje, jak bardzo ci zależy - nabieram powietrza w usta. Tak strasznie chciałabym go teraz widzieć.
- Suzanne, chcę, żebyś coś wiedziała. Przepraszam cię za moje błędy...
- Justin.
- Nic nie mów. Słuchaj. - Chrząka, przykładając swoje dłonie do moich. - Jeśli będziesz mocno zaciskać pięści, chcę tego, bo pragnę śledzić każdy skrawek twojego ciała, każde odczucie, jakie u ciebie wywołam. Nie dlatego, że chcę, żebyś sądziła, że nie jesteś wystarczająco dobra, a pięści będą wyrazem złości. Jeśli będziesz płakać w poduszkę, chcę tego, bo pragnę wiedzieć, że potrzebujesz ode mnie więcej. To będzie dawało mi motywację. Nie dlatego, że będziesz próbowała w ten sposób wydobyć z siebie wszelkie negatywne emocje. Jeśli twoje ciało ma drżeć, chcę tego, ponieważ to oznacza, że będę dotykać cię w sposób, w jaki nigdy wcześniej nie byłaś dotykana i w sposób, w jaki nigdy już nikt cię nie dotknie. Nie dlatego, że będziesz czuć się rozbita i przygnębiona faktem, że już zbyt długo okazywałaś swoją siłę. Jeśli na twoim ciele mają być znaki, chcę, żeby tam były, ponieważ będzie cieszyć mnie fakt, że zostawiłem je, by pokazać innym, że jesteś moja. Nie dlatego, że sama zamierzałaś się skrzywdzić, raniąc swoją skórę. Jeśli będziesz leżała w łóżku, cicha i nieśmiała, chcę, żebyś to robiła, ponieważ będziesz rozmyślać wtedy o tym, że cały czas wyznaję ci miłość. Będziesz zastanawiała się, jakim cudem każdego dnia wzrasta, zamiast maleć. Nie dlatego, że będziesz przygnębiona i będziesz starała szukać się wyjścia z sytuacji, kiedy się pokłócimy.
Nabieram głęboko powietrze, czując łzy na policzkach. Nie mam pojęcia, co mogę mu powiedzieć. Nagle słyszymy dźwięk talerzy przed nami. Domyślam się, że kelner zostawił na stole zamówienie. Nie wiem, jak mam jeść, nie widząc sztućców, ani przede wszystkim jedzenia, ale nie to jest teraz ważne. Liczy się tylko Justin. Nie mam pojęcia, czy jestem nawet w stanie coś przełknąć w stanie, w jakim się teraz znajduję.
- Justin, dziękuję ci za te wszystkie słowa - usiłuję skleić porządne zdanie, ale głos załamuje mi się z każdym słowem. - Każdego dnia jestem wdzięczna za wszystko, co dla mnie robisz. Nawet nie wiem, jak mogę ci się odwdzięczyć. Wydaje mi się, że masz wszyst...
- Cśś - przykłada mi palec do ust. Zaskakuje mnie, że zrobił to tak precyzyjnie, ponieważ przez wszechobecną ciemność ja pewnie trafiłabym w jego oko. - Jest coś, co możesz dla mnie zrobić.
Marszczę czoło, kiedy czuję jego usta na moich. Zaciskam powieki, prostując swe plecy, by być jeszcze bliżej niego. Ten pocałunek jest jak wybuch fajerwerków. Wszystko wokół szaleje, we mnie wszystko się przewraca, kiedy Justin penetruje wnętrze mych ust. Oddycham głębiej i ciężej, gdy obejmuje palcami moją szyję, unieruchamiając kciukami mą głowę. Zapominam o całym istniejącym świecie. Kocham takiego Justina. Władczego, ale zarazem przejmująco delikatnego i słodkiego. Wiem, że stanąłby w mojej obronie, gdyby w tym momencie cokolwiek mi zagroziło. Wiem, że poraziłby wzrokiem wszystkich, którzy by mnie skrzywdzili, po czym odwróciłby się do mnie i zacząłby mówić czułe słówka o tym, jak bardzo mu na mnie zależy. Nigdy nie przestanę być za niego wdzięczna.
Nagle Justin odrywa się ode mnie i całkowicie mnie puszcza. Pochylam się do przodu, ale nie napotykam go z żadnej strony. Serce zaczyna mi walić jeszcze szybciej niż wcześniej.
- Justin? - wyduszam z siebie piskliwym, wystraszonym nieco głosem. Nienawidzę, kiedy jest ciemno, a obok mnie nie ma nikogo, kogo mogłabym ufać.
Po kilku sekundach w kanapie zapala się światło. Jest przygaszone tak samo jak to na korytarzu, a widząc je, mrużę oczy. Wbite w oparcie lampki nieco mnie rażą przez to, że ostatnie minuty spędziłam w całkowitej ciemności.
Na zapalenie ich pewnie potrzeba było specjalnej zgody, bo skoro to restauracja mająca na celu pokazać życie niewidomych, to pewnie zapalanie świateł jest tu niedozwolone. A jednak...
Po chwili widzę przed sobą Justina. Wyłania się z mroku jak bohater jakiegoś filmu. Unoszę spojrzenie, patrząc, jak mój chłopak stoi przy kanapie. Uśmiecha się lekko, ale po chwili napina szczękę i wszystkie mięśnie, wypuszczając powoli powietrze z ust. Widzę, że się czymś stresuje.
Zupełnie mnie zaskakując, Justin staje bliżej okrągłego stolika, który dopiero co zauważyłam. Opada na dół, a ja mam wrażenie, że jedynie chce kucnąć. Justin jednak klęka na prawe kolano. Ten widok całkowicie mnie rozprasza.
Chłopak sięga dłonią do kieszeni swych spodni, by po chwili wyjąć ze środka małe, szare pudełeczko. Przełykam ślinę, rozszerzając powieki. Czy on...?
- Suzanne - zaczyna Justin, sięgając po jedną z moich dłoni, jakie trzymam na kolanach. Justin wypuszcza powietrze z ust, oglądając moje palce. Ma załamany głos, jakby zaraz miał się jąkać.
Chcę powiedzieć, że będzie dobrze, zapewnić go, że nie ma się czym denerwować. Widzę po jego minie, że naprawdę się boi, a nie chcę, by to był sposób, w jaki będzie to wszystko postrzegał.
Wreszcie unosi swoje spojrzenie i zagląda mi w oczy. Choć światło jest słabe, dostrzegam w nich błysk. Justin otwiera pudełeczko, a ja dostrzegam w środku mały pierścionek z brylantem. Łzy pojawiają się w mych oczach, świadoma tego, co zaraz ma nastąpić.
Justin bierze głęboki wdech, jakby kwestia, którą ma zamiar wygłosić, była najważniejszą w jego życiu.
- Suzanne Marie Collins, czy wyjdziesz za mnie?
Przygryzam dolną wargę, ale szybko ją puszczam, by się uśmiechnąć. Justin ciągle ma zaniepokojoną minę. Unoszę najwyżej jak się da kąciki ust i pokazuję mu swe zęby, po czym nachylam się, kiwając kilkakrotnie głową. Całuję go w usta, ujmując jego twarz w dłonie.
- Tak, wyjdę za ciebie - odpowiadam na jednym wdechu, a uraz ulgi na jego twarzy jest ostatnim, co udaje mi się zauważyć, zanim w ponownej ciemności mój narzeczony bierze mnie w ramiona i mocno do siebie przytula.

WIELKIE DZIĘKUJĘ!
Nie mam pojęcia, w jakich słowach mogę wyrazić swoją wdzięczność za okazane Wam wsparcie. Ponad dwa lata... Tyle ze sobą byliśmy!
Kiedy zaczynałam, nawet przez myśl nie przeszło mi, że to fanfiction tyle osiągnie. Mówię to całkowicie szczerze - już kilkakrotnie coś pisałam, ale nigdy na taką skalę. Sami spójrzcie na statystyki: na bloggerze czy wattpadzie... To mówi samo za siebie - MAM WSPANIAŁYCH CZYTELNIKÓW! (Podliczyłam wejścia: łącznie PONAD 990 TYS.!!!!)
Jednak wszystko, co się zaczyna, musi kiedyś dobiec końca. Tak też dzieje się teraz. Kolejnej części NA PEWNO nie będzie, jedyne, co mogę to tak zwane "Special Chapters", ale ich też nie obiecuję, więc na nic się nie nastawiajcie i nie pytajcie, czy kiedykolwiek się pojawią.
Będę tęsknić, jestem przekonana. Pisząc to, łezka sama spływa po moim policzku, ale nie umiem inaczej - zbyt bardzo się z Wami wszystkimi zżyłam. Czytając Wasze komentarze śmiałam się, płakałam, czasem nawet denerwowałam. Ale nie potrafiłam się na Was złościć, jedynie Was kochać. Sposób, w jaki mnie wspieraliście... To było naprawdę coś.
Wiem, że słowa, które teraz piszę, są puste i zasłużyliście na coś więcej, ale nie jestem w stanie naskrobać nic porządnego. Władają mną zbyt wielkie emocje, by zawrzeć tu narodową epopeję, ale na pewno to zrozumiecie. Wy wszystko rozumiecie, co udowodniliście mi niejeden raz, kiedy prosiłam Was o wyrozumiałość. ZAWSZE je dostawałam, co jest aż niebywałe.
JESTEŚCIE NAJLEPSI! Nigdy w to nie wątpcie. NIE ZASŁUŻYŁAM SOBIE NA WAS. Naprawdę, przysięgam. Nie jestem w stanie wyrazić tego, co w tym momencie czuję, bo to wszystko brzmi jak pożegnanie.
Może będę pisać coś innego, ale do niczego nie mam pewności. Z jednej strony cieszę się, że kończę Bieber's Touch w tym momencie, świadoma, ile czeka mnie w wakacje i w nowym roku szkolnym. Jednak może od czasu znajdę czas, by coś naskrobać... Tego nie wiem i jak już mówiłam wcześniej, niczego Wam nie obiecuję.
DZIĘKUJĘ wszystkim, z którymi kiedykolwiek rozmawiałam o tym fanfiction, którzy zdradzali mi swoje obawy, radości, zażalenia, skargi... Każde pojedyncze słowo od Was niesamowicie mi pomogło. KOCHAM WAS!!!
Ciężko to zakończyć. Piszę dziesiąty raz to samo zdanie, ale nie potrafię tak po prostu kliknąć "Opublikuj" i to za sobą zostawić. Człowiek przez taki okres czasu jednak się z czymś zżywa. 
O matko, dobra, STOP. Wystarczy.  Na pewno zapomniałam o połowie rzeczy, jaką planowałam tu napisać, ale w razie czego będę edytować tę notkę.
Jeśli ktoś chciałby ze mną pogadać, może napisać na twitterze, nie gryzę :) Może napisać gdziekolwiek, zawsze postaram się doradzić, pomóc, odpowiedzieć na jakieś pytanie.
Powtórzę się, ale zasługujecie, by to wiedzieć: JESTEŚCIE NAJLEPSI!!!!!!!!!!!!! NIE ZAPOMINAJCIE O TYM!!!!!!!! Zasługujecie na jak najwięcej uśmiechu i życzę Wam wszystkiego, o czym tylko marzycie. Kocham Was.
xox WASZA Werka.

Zostawiam komentarze do Waszego użytku, jeśli chcecie się czymś tutaj podzielić, śmiało x